Z tymi wnętrzami, to nie tak serio proszę…

Uwielbiam robić, co robię. Wiem, wiem – mam dużo szczęścia. Ojj, nie, nie – nie w tym rzecz – nie chcę pisać, jakie to ważne, co się w życiu robi itd. Zupełnie nie w tym rzecz, ale jakoś zacząć powinnam:) Chodzi o to, że trudno te wszystkie pomysły czasem ogarnąć w głowie. Dlatego kombinuję, jak przekonać, że można w kreowanych przestrzeniach inaczej – jakkolwiek to brzmi, póki co:) Jest tak dużo możliwości, że trudno zmieścić je, pogodzić w blokowym „m” – stąd pomysł na taki właśnie przekaz – trochę z misją, bo kto wie – może kogoś zarażę.

Zastanawiające jest, jak wiele pięknych rzeczy otacza nas na co dzień. Strasznie mi żal, ze ludzie nie chcą – choć może nie potrafią yyy… – tego widzieć. Szkoda mi, bo jak tak się dobrze rozejrzeć – choć nie trzeba specjalnie się do tego przykładać;) – inspiracja jest wszędzie. Wszędzie, to znaczy w genialnych podstopnicach schodów w starych kamienicach, w azbestowej otulinie bloków minionego czasu, liściu azalii, kawałku nieba, pączku z marmoladą – uuu…mogłabym tak długo;)

Kiedyś jeden z klientów zasugerował mi, że powinnam mieć trzy uszyte na miarę projekty, w które miałabym ubierać domy klientów. Ale, ale…tak się nie da przecież. Jakkolwiek to brzmi – każdy inaczej myśli, lubi co innego, funkcjonuje inaczej – trudno róże upodobania, przyzwyczajenia ubrać w ten sam garnitur. Jasne, że istnieją pewne ramy, zasady – triki powtarzane, ale żeby tak wszystkich w te same gacie… Choć, jak tak sobie teraz myślę, to daje pewien „bufor bezpieczeństwa”, co narodowo lubimy;) Bo jak tak sobie przypomnieć różne wnętrza, najczęściej są one niestety zachowawcze – gipsowe ściany – najlepiej beżowe, panele na podłodze, brązowe meble… A gdyby tak trochę zaszaleć, potraktować urządzanie własnej przestrzeni jak zabawę na naprawdę udanej imprezie – dla mnie to zawsze świetna impreza;)

Wiem, wiem – o gustach się nie dyskutuje – choć czasem żal mi strasznie – bo chętnie bym podyskutowała;) Klientom zawsze powtarzam, że tworzymy wnętrza optymalne dla interesanta, ale w zgodzie z moim poczuciem estetyki. No i trudno jest mi się zgodzić na zamianę przecudnej urody lampy Ingo Maurera ( konia z abażurem nad głową ) na substytut w postaci wypchanego konia – bo cóż to za okrutna propozycja?! No cóż – o gustach nie dyskutuje się…

Pamiętam taką historię – z życia wzięte;) – która mocno mnie zainspirowała. W zasadzie, być może od tej uwagi zaczęła się moja prawdziwa przygoda ( uuuuaaaa – tendencyjnie lecę;)) Dobra, od początku. Remontowałam własne m. To jest najulubieńsza moja podłoga doświadczalna. Kombinowałam, jak – żeby nie przedobrzyć. Pamiętam, że zaprosiłam do domu poleconego przez znajomą fachowca, pana |Józka. Nie wiedziałam kogo się spodziewać. Przyszedł pan starszy. Na nosie miał wielkie jak spodki filiżanek okulary i mówił jakby od niechcenia, ale nie w ten irytujący, zarozumiały sposób. Był ciekawy – i jak się okazało – inspirujący. Pan Józef opowiedział mi fascynującą historię o tym, jak pracował w Norwegii, gdzie ludzie mają podobno swoiste podejście do designu, urządzanych wnętrz i całej tej akcji związanej z projektowaniem domostw. Opowiedział o sterczących gwoździach ze ścian w zamieszkiwanych pokojach. Surowych materiałach wykorzystywanych we wnętrzach, ogólnej szeroko pojętej tolerancji prywatnych wnętrzarzy. Doszliśmy z niemałym żalem do wspólnego wniosku, że niestety nasi rodzimi inwestorzy są zdecydowanie mniej otwarci. O i tak mi wpadło do głowy, żeby spróbować – tak delikatnie, tak troszeczkę tylko – trochę je otworzyć. Po ostatnich targach w Mediolanie chce mi się jeszcze bardziej. To były szalenie inspirujące dni chodzenia z rozdziawioną gębą. Chodziłam chłonąc wszystko – nowości, ale przede wszystkim cudownie nonszalancki sposób ekspozycji.

Dzisiaj…

Boska pogoda! Siedzę sobie w mojej ulubionej jadłodajni – w parku w zasadzie. Pochłonęłam fantastyczną ogórkową pięknie udekorowaną wiórkami ogórków i marchewki – niebanalny zestaw kolorystyczny w sumie. No i taka mnie refleksja przy okazji dopadła – taka tapeta… Oglądałam dziś całkiem ciekawe – choć estetyką dalekie od ukochanego mojego „obskuryzmu”:) To tak bardziej a propos kolorów. Jedna z nich była…zielono bordowa – taka zupa ogórkowa z burakiem;)

Designerska lampa

Mmm…tapety, tapety, tapety… Uwielbiam zaklinać nimi wnętrza. Najbardziej lubię wykorzystywać je do powiększania, pomniejszania, elastycznego świrowania perspektywą. Czarowania, że po zupełnie realnych schodach pójść można dalej, niby w inny świat, jednak malinowo pasujący do reszty kreowanego wnętrza. To zupełnie jak z tą ogórkową – pomarańczowo zielone paseczki są zapowiedzią konsekwentnie kwaśnego – w tym zestawie – wnętrza. Mam sporo szczęścia ( trochę banału w tekście, to jak trochę kiczu we wnętrzach – smaczek taki;)). Wszystko, co wiąże się z kreacją jest CU – DO – WNE! W zasadzie bez różnicy czy to miejsce do życia, czy wnętrze garnka.
Ciągle się dziwię dlaczego inni dziwią się tym, co mi w głowie siedzi.

Dziś np.w jednym ze sklepików, w których próbuje się przekonać Polaków do dobrego dizajnu, zaprezentowano mi lampę – przecudnej urody, z czarnego węża igielitowego. Wąż przytulony był do sufitu, pełznął po nim, żeby w odpowiednim momencie – zawisnąć zawadiacko żarówką. Cudowna w swej prostocie! Podobno jestem w bardzo nielicznej – dwuosobowej – grupie entuzjastów tego cudeńka. Zdębiałam na wiadomość o tym – toż to autentycznie ładne jest! Żal mi bardzo, że ludzie kombinują – a przecież najprawdziwsze piękno tkwi w prostocie właśnie – no i trochę w obskuryźmie;)

PS. Latają tu jakieś muszki. Chyba się opalają w tym słońcu na dziedzińcu… No i wpadło mi – gdyby tak zaznaczyć ich ruch czerwoną nitką i…przemycić wzór na tapetę, hm…

Źródło zdjęć: pinterest.com