Abracadabra – estetyka, wiedza tajemna

Dzień dobry – bo słoneczny:) – mimo że listopadowy. No i sam fakt „początku listopada”, zmusił mnie niejako do chwilowego – krótkiego obiecuję – narzekania. No bo, no bo – oglądane przez lata różne wnętrza nauczyły mnie, że estetyka niekoniecznie traktuje o pięknie. Pewnym jest natomiast, że to bardzo względne odczucie, a przecież – o gustach się nie dyskutuje. Czasem jednak mam wrażenie, że pojęcie piękna jest pojęciem tak wysoce abstrakcyjnym, że mało zrozumiałym dla wielu. A nawet wiedzą tajemną ukrytą gdzieś w skrzyni na dnie studni czy innej piwnicy, do której dostępu strzegą rozczochrane fauny ze śpikami z nosa – odrażające przez co dostępne jedynie dla śmiałków.
Tak sobie pomyślałam, że poopowiadam trochę o tzw. „historiach z życia wziętych”:)

Kiedyś jeden z klientów – właściciel dużego domu, w którym wszystko było takie samo: wszędzie te same białe ściany, takie same płytki w każdym z pomieszczeń, niezależnie, czy był to salon czy sypialnia. Wszędzie też panował półmrok przez zaciągnięte częściowo rolety zewnętrzne. Było w tym domu coś, co powodowało smutek jakiś, nostalgię, no i pachniało okropnie lekarstwami. Sam właściciel wydał mi się dość…osobliwy. Na pierwszy rzut oka wnętrze miało być jakąś bazą, ale bardzo zgaszoną – mimo jasnych kolorów, dominującej bieli i beżu. Odkryciem była kuchnia – wspaniała zabudowa meblowa wykonana ze stali nierdzewnej- pomysł właściciela – inaczej niż wszędzie. Tak sobie teraz myślę, że ta blacha właśnie przedstawiła mi inwestora w innym świetle. Długo rozmawialiśmy o funkcjach domu, potrzebach, możliwości wykorzystania przestrzeni. Okazało się, że ów pan jest bardzo ciekawą osobą z wyjątkowo „otwartą głową” i mogliśmy poszaleć w tym wnętrzu.

Zamysł szybko się pojawił, a styl wnętrza klarował się w miarę przeprowadzanych pogawędek. Miało być przede wszystkim przytulnie, ciepło. Nie było to łatwe zadanie biorąc pod uwagę jasne, beżowe płytki na wszystkich podłogach – również w ogromnym, cudownym przestrzennym salonie z antresolą. Szybko doszliśmy do porozumienia stawiając na łączenie stylów zgodnie z upodobaniami inwestora, nie licząc się z ogólnie przyjętym rozumieniem pojęcia: schludnie;) Ponieważ, jak się szybko okazało, inwestor jest człowiekiem o szerokich horyzontach i bardzo otwartym na szalone pomysły – zaczęliśmy zwozić do domu kamienie, stare, drewniane meble i inne tego typu dekoracje. Pamiętam, jak dużo czasu zajęło mi znalezienie odpowiedniego kamienia, którym wyłożona została centralna ściana w salonie łącząca dół z antresolą. Chcieliśmy, żeby przypominała trochę zamkowy sznyt. Kamień dobrany do koloru posadzki miał się z nią komponować, tworząc doskonałe tło do innych „atrakcji”. Ściana wyszła nam mniej więcej taka, jak na zdjęciu powyżej – cudowny klimat bez nadęcia. Na jej tle zawisł piękny, druciany żyrandol, a potem stanął – w obłędnych kolorach , opalizujących zielono różach – motor z historią, o której długo mi opowiadał właściciel ( Panie M., proszę wybaczyć moją ignorancję – nie pamiętam, cóż to był za potwór ).

Pieczołowicie ułożone kamienie fantastycznie – wbrew pozorom – zmiękczyły to ascetyczne dotąd wnętrze. Grały kolorami. Zachwyciły mnie niejednorodnością. Znakomicie skomponowały się z okropną ( niestety, nie udało mi się przekonać inwestora do zmiany podłogi ), beżową podłogą, której odebraliśmy prym i przestała być determinantą w tym domu. Cieplej – dosłownie – zrobiło się też przez kominek, który w końcu został zabudowany i na jego czołowej ścianie pojawił się szalunek. Kontynuacją odbitych w betonie desek jest sąsiednia ściana w deskach.

Źródło zdjęć: pinterest.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>